O autorze
Dziennikarka filmowa i kinomanka, współpracuje m.in. z Radiem PiN, Polsat News 2 i Goethe Institut. Uwielbia kuchnię tajską, literaturę angielską i dobre wino bez szczególnej przynależności narodowej.

"Co robimy w ukryciu", czyli film, na który wampiry od dawna zasługiwały

Fot. Screen z oficjalnego trailera.
Trzydziesta edycja Warszawskiego Festiwalu Filmowego dobiega końca, wszystkie nagrody (oprócz nagrody publiczności) zostały rozdane, dlatego z dumą pozwolę sobie przedstawić mojego tegorocznego faworyta – przekomiczną opowieść o wampirzej społeczności w Wellington, w Nowej Zelandii.

Wampiry nie miały ostatnio dobrej prasy. Za sprawą groteskowej Sagi Zmierzch zaczęły kojarzyć się z anemicznymi młodzieńcami o ekspresji pieńka do rąbania drewna i kompletnym brakiem poczucia humoru. Efekt? Świat przestał traktować wampiry poważnie, co każdego rasowego ich przedstawiciela zapewne musiało przyprawiać o ból głowy. Lub zębów.



Na szczęście ta pożałowania godna sytuacja może ulec zmianie za sprawą kapitalnej nowozelandzkiej komedii "Co robimy w ukryciu". Jej autorami są Taika Waikiki (reżyser znanego także w Polsce filmu "Orzeł kontra rekin") oraz Jemaine Clement (połówka duetu "Flight of the Conchords") – co tworzy mieszankę piorunującą w najlepszym tego słowa znaczeniu. "Co robimy w ukryciu" to rasowy mockument, czyli typ filmu, który wykorzystuje narzędzia dokumentalne (zdjęcia z ręki, wywiady do kamery, etc.) do ukazania fikcyjnej, a w tym przypadku także kompletnie pokręconej historii.

Głównymi bohaterami są cztery wampiry zamieszkujące mocno zapuszczoną willę w Wellington i zmagające się z typowymi problemami singli indywidualistów okupujących wspólne lokum. Jak bumerang powraca kwestia sprzątania i zmywania naczyń (stos piętrzy się od pięciu lat!), co i rusz wybuchają awantury o zaanektowanie cudzej kanapy i zafajdanie jej tryskającą z ofiar krwią, ale i tak największym problemem okazuje się "podkradanie stylówy" kolegi. Ten kto to uczyni, musi się liczyć ze sporymi nieprzyjemnościami.

"Co robimy w ukryciu" to w pewnym sensie ciąg scenek, niekiedy dość luźno powiązanych ze sobą, ale nakręconych z takim wyczuciem humoru i absurdu, że aż ma się ochotę krzyknąć: "Panowie, błagam, nie zepsujcie tego". Na szczęście panowie niczego nie psują, trzymają poziom aż do końca, a na dodatek w finale serwują nam dodatkową, smakowitą przewrotkę – i to nie jedną, a dwie.

Podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego seanse "Co robimy w ukryciu" cieszyły się takim powodzeniem, że aż jeden z dystrybutorów postanowił wykupić prawa do filmu i wedle wstępnych planów wprowadzi obraz do kin na początku stycznia przyszłego roku. Dlatego już teraz proszę zanotować sobie w kajecikach i terminarzach na 2015 rok – "Co robimy w ukryciu": zdecydowanie warto. W kategorii komedia to jeden z najlepszych tytułów ostatnich miesięcy.

AKTUALIZACJA: To było do przewidzenia – z przyjemnością donoszę, że film "Co robimy w ukryciu" w błyskotliwym stylu zdobył nagrodę publiczności tegorocznego WFF.

Trwa ładowanie komentarzy...