O autorze
Dziennikarka filmowa i kinomanka, współpracuje m.in. z Radiem PiN, Polsat News 2 i Goethe Institut. Uwielbia kuchnię tajską, literaturę angielską i dobre wino bez szczególnej przynależności narodowej.

Animacje pod choinkę

Zwyczajowo w grudniu dystrybutorzy DVD i Blu Ray rzucają na rynek tytuły, które zostaną z miejsca zaadaptowane na prezenty gwiazdkowe. W tym roku jest to pokaźna kolekcja kina komiksowego ("Strażnicy galaktyki", "Avengers", trzy części "Iron Mana", etc.) oraz przegląd – także klasycznej – animacji dla dzieci ("Bambi", "Dumbo", "Król lew", "Frankenweenie" oraz japoński "Zrywa się wiatr"). Już sama oferta jest wiele mówiąca, ale jej część familijna – jeszcze bardziej.

Gatunki filmowe także przeżywają swoje wzloty i upadki. Niektóre zaś przeżywają zmierzch na tyle głęboki, że raczej nieodwracalny. Przykładem może być choćby bombastyczne kino kostiumowo-historyczne. Jego złota epoka przypadła na lata 50. i 60. XX wieku, gdy wyobraźnię widzów rozpalali "Ben Hur" i "Kleopatra". Dzisiaj tego typu produkcje na dobre przeniosły się do telewizji ("Rzym") a poza pojedynczymi strzałami w rodzaju "Gladiatora" trudno mówić o jakimś ruchu w interesie. Jeszcze ciekawszą ewolucję przeszedł western, który z bardzo konkretnie osadzonego gatunku filmowego (realia Dzikiego Zachodu) przekształcił się w szkielet scenariuszowy możliwy do osadzenia wszędzie. Możemy mieć zatem filmy w typie westernu, których akcja toczy się w kosmosie. Albo w Polsce ("Róża" Wojciecha Smarzowskiego). Albo których bohaterami są Niemcy i czarnoskórzy ("Django"). Ale westernu sensu stricte na dużym ekranie dziś raczej nie uświadczymy (bo – ponownie – telewizja to jednak co innego).



Piszę o tym, bo podobna sytuacja ma miejsce w świecie filmów dla dzieci. Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale animowane kino dla najmłodszych zdominowało i praktycznie wyparło z rynku kino aktorskie dla dzieci. Ekranizacja bestsellerowego, zdawałoby się, cyklu "Opowieści z Narni" zatrzymała się na trzecim tomie sagi i nic nie wskazuje na to, by została doprowadzona do końca (cała saga, przypomnijmy, jest siedmioksięgiem). "Seria niefortunnych zdarzeń" autorstwa Daniela Handlera miała jeszcze większego pecha: światło dzienne ujrzała jedynie ekranizacja pierwszych trzech książek z trzynasto – a jakże! – odcinkowej serii. I nie pomógł tu nawet sam Jim Carrey w roli głównej. A kinowa trylogia o malutkim Hobbicie właśnie zmierza ku swojemu końcowi. Tymczasem animacja dla dzieci ma się świetnie, z każdym rokiem – chciałoby się powiedzieć – coraz lepiej. Co więcej, gdy wydaje się, że w tej materii wszystko już zostało powiedziane i nic nowego nie da się wymyślić, pojawiają się takie perełki jak film "Lego: Przygoda", który niżej podpisana uważa za arcydzieło.



Co sprawiło, że animacja tak mocno zawładnęła światem dziecięcej rozrywki to rzecz skomplikowana i chyba generalnie niemożliwa do pełnego wyjaśnienia, fakt jednak pozostaje faktem. Dlatego chyba warto wrócić do tytułów, od których, poniekąd, wszystko się zaczęło: "Bambi", "Dumbo", "Król lew", czy "Frankenweenie". To więcej niż rozrywka. To teraz po prostu klasyka.
Trwa ładowanie komentarzy...