O autorze
Dziennikarka filmowa i kinomanka, współpracuje m.in. z Radiem PiN, Polsat News 2 i Goethe Institut. Uwielbia kuchnię tajską, literaturę angielską i dobre wino bez szczególnej przynależności narodowej.

"Boyhood", czyli dlaczego warto załatwić opiekunkę na cały wieczór

Swego czasu moi dobrzy znajomi, świeżo upieczeni rodzice, planowali pierwsze po narodzinach córy wspólne wyjście na miasto. Miał być spacer, kino, potem – jeśli teściowa wytrzyma – wizyta w restauracji. Kolega wiedząc, że wypowiadam się o filmach w mediach "gadanych", włączył odbiornik, wysłuchał rekomendacji i niestety, wcielił ją w życie. Oczywiście uroczy wieczór szlag trafił, a on – jak później twierdził – miał ochotę się zabić.

Tak się bowiem złożyło, że filmem, o którym opowiadałam była... "Róża" Wojciecha Smarzowskiego. Do dziś zresztą twierdzę, że to rzecz bardzo dobra, może nawet wybitna. Ale dla zmęczonych rodziców, którzy wyszarpują parę godzin, by odpocząć, pobyć ze sobą i poczuć się dobrze – wybór najgorszy z możliwych. Poważnie. Gdybym mogła im wówczas osobiście doradzić, na co wybrać się do kina, "Róża" zajęłaby zaszczytne pierwsze miejsce na liście pod tytułem "trzymać się z daleka". Z trzema wykrzyknikami na końcu. Taką też funkcję ma pełnić ten blog.

Ma wyławiać te filmy, na które warto poświęcić swój cenny czas oraz – analogicznie – stawiać ostrzegawczą tabliczkę obok produkcji, które zdecydowanie należy omijać. Filmy dla rodziców (zwłaszcza małych dzieci) rządzą się swoimi prawami, podobnie zresztą jak filmy na randkę czy filmy, które oglądamy, by "odmóżdżyć się" po ciężkim tygodniu pracy. I niewątpliwie jednym z istotniejszych kryteriów branych pod uwagę jest… czas ich trwania. W końcu łatwiej wyrwać się z domu na półtorej godziny niż dwie z hakiem. Jak na złość, film, który z wielką przyjemnością rekomenduję jako pierwszy, to właśnie dwie godziny z hakiem. I to sporym. Konkretnie 165 minut.

Zwiastun filmu "Boyhood"


Ten film to "THE BOYHOOD" w reżyserii Richarda Linklatera, jeden z najciekawszych eksperymentów w historii kina fabularnego. Przez 12 lat reżyser spotykał się co roku z tą samą ekipą i tymi samymi aktorami na mniej więcej jeden tydzień, by dopisać (i dokręcić) kolejny rozdział z życia Masona (Ellar Coltrane). Wystartowali, gdy chłopiec po raz pierwszy pomaszerował do podstawówki. Skończyli, gdy własnym samochodem pojechał na studia.


"The Boyhood" trafił do naszych kin 29 sierpnia, jest więc okazja, by obejrzeć go na dużym ekranie. Warto, bo to rzecz zarazem wciągająca i boleśnie zwyczajna – jak życie, chciałoby się powiedzieć. A przy okazji niegłupia, kładąca nacisk na prawdy i refleksje zazwyczaj w filmach o dorastających dzieciach skrzętnie omijane: budują nas nie tylko wydarzenia przełomowe (zwłaszcza traumatyczne), ale też (a może przede wszystkim) banalna codzienność. A samoświadomość, pewność kierunku, w którym podążamy, nigdy nie jest nam dana raz na zawsze. Ta sama osoba, która wydawała się doskonale wiedzieć czego chce, pięć lat później może być kompletnie pogubiona.

W "The Boyhood" to co ważne ściera się z tym co nie ważne, bohaterowie nie mają w sobie nic z bohaterów przez duże "b", a czas nie płynie, tylko pędzi. By nie ująć tego dosadniej. Piękny film, ukazujący codzienność i upływ życia w niemal metafizyczny sposób. Nominacje do Oscara posypią się za pół roku na bank.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...