O autorze
Dziennikarka filmowa i kinomanka, współpracuje m.in. z Radiem PiN, Polsat News 2 i Goethe Institut. Uwielbia kuchnię tajską, literaturę angielską i dobre wino bez szczególnej przynależności narodowej.

"Zaginiona dziewczyna", czyli jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca

Jeżeli jakiś film już pod koniec ubiegłego roku trafia do większości zestawień najbardziej oczekiwanych filmów roku bieżącego, to apetyt na niego rośnie z każdym miesiącem. Tymczasem "Zaginiona dziewczyna", gdy w końcu ląduje na naszym stole, zamiast unikatowych doznań oferuje jakość fast foodu.

Czekałam na "Zaginioną dziewczynę". Naprawdę czekałam. Jej reżysera, Davida Finchera, lubię bardzo, a to miał być jego pierwszy kinowy film od czasu "Dziewczyny z tatuażem" czyli od lat trzech. Fabuła, będąca adaptacją powieści Gillian Flynn i opowiadająca o tajemniczym zniknięciu pewnej młodej mężatki, gdzie nic nie jest tym, czym się wydaje, także zapowiadała się ekscytująco. W końcu nie każda książka trafia na szczyt listy bestsellerów New York Timesa. I nie na każdą powieść ma chrapkę David Fincher. A gdy okazało się, że za ścieżkę dźwiękową ponownie odpowiadać będzie genialny duet Trent Reznor / Atticus Ross, pazury ogryzałam z ciekawości i zniecierpliwienia. I za to ogryzanie pazurów dostałam po łapach.

Już po pierwszych kilkunastu minutach seansu szturchnęłam siedzącego obok mnie kolegę, mówiąc "Coś z tym filmem jest nie tak". Bo jest nie tak. Fincher to mistrz budowania głęboko niepokojącej atmosfery dosłownie z niczego. W jego świecie lęk budzą krawężniki, latarnie, nawet zwykły asfalt na ulicy. W dodatku lata pracy przy teledyskach i reklamówkach sprawiły, że stał się formalnym wirtuozem – fikołki w postaci przeskakującej taśmy filmowej w kultowym "Fight Clubie" to tylko jeden, pierwszy z brzegu przykład. A w "Zaginionej dziewczynie" nie dzieje się nic. Ujęcie takie. Ujęcie kolejne. Zero napięcia, zero emocji. Czekam na kolejne ujęcie i krzywię się, słysząc słowa płynące z ekranu. Bo tak bezwstydnie kiczowatych miłosnych dialogów już dawno w kinie nie słyszałam. A tu dalej – ujęcie takie, ujęcie śmakie. Materia filmowa jak się nie kleiła, tak się nie klei. Będę niesprawiedliwa mówiąc, że tak jest do końca – w drugiej połowie akcja zdecydowanie przyspiesza, ale kolosalnego poczucia zawodu i tak nie była w stanie ze mnie wypędzić.

Mam wrażenie, że w przypadku "Zaginionej dziewczyny" błąd tkwił w samym założeniu – na podstawie książki należało nakręcić nie film kinowy, tylko serial. Niezbyt długi – kilka odcinków, góra jeden sezon. Ale serial. Powieść Gillian Flynn to cegła, w dodatku rozpisana na wiele postaci, które początkowo trzecioplanowe z czasem wypływają na plan pierwszy, mieszają wątki, okazują się kimś innym, niż myśleliśmy.


Osobnym bohaterem są tu także media, współczesna szarańcza, która obsiada głównego bohatera i tylko czeka, by pożreć go żywcem. Z drugiej jednak strony to właśnie media wydają się być kluczem do "osobowości" współczesnej Ameryki i jej obywateli – ich psychopatii, siły i słabości. I na rozwinięcie każdego z tych wątków pewnie znalazłoby się miejsce, gdyby – jak już napisałam wyżej – "Zaginiona dziewczyna" była serialem, a nie filmem kinowym. Nawiasem mówiąc, długaśnym przeokrutnie! Rzecz trwa dwie i pół godziny, i te dwie i pół godziny czujemy w krzyżu, oj czujemy. Dla porządku dodam, że film wchodzi do kin w piątek 10 października, ale udawać nie będę – szkoda kasy na kino. Lepiej kupić książkę. A najlepiej kupić świetny soundtrack Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Bo ze wszystkiego to właśnie muzyka jest w tym filmie najlepsza.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...